Ze mną już coraz gorzej, nie wiem ile mi zostało, dlatego postanowiłem spisać tą historię, a zaczęła się od słów:
Mam już wyniki badań, powiedział lekarz, zapraszam do gabinetu. Zestresowany usiadłem na fotelu. Niestety nie mam dobrych wieści, kontynuował. Złośliwy nowotwór płuc, został panu maksymalni rok życia. Więc Bóg wybrał dla mnie tą najgorszą z opcji? Bez słowa wyszedłem z gabinetu, następnie ze szpitala. Ledwo powstrzymując łzy wsiadłem do samochodu. Nerwowo próbowałem odpalić pojazd. Ręce drżały mi okropnie, po kilku daremnych próbach z płaczem zacząłem uderzać w kierownice. Całe życie przeleciało mi przed oczyma, jak jakaś nieudana komedia. Jest tyle błędów, które chciałbym naprawić, tyle osób, które nie usłyszały "przepraszam" bądź "dziękuję". Musiałem to z siebie wykrzyczeć. Wziąłem paczkę papierosów i łamiąc je po kolei wyrzucałem przez okno, na koniec cisnąłem ozdabianą, metalową zapalniczką i tym razem skutecznie odpaliłem samochód. Pojechałem do domu, nie chciałem nikogo teraz widzieć, z nikim rozmawiać, jeszcze nie byłem gotowy. Przed domem spotkałem sąsiada, jak zazwyczaj przywitał się i zagaił. Nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednego słowa, kiwnąłem tylko głową w powitalnym geście. Nerwowo otworzyłem drzwi, przy nich czekał już mój pies, Matt. Wyłączyłem telefon, rzuciłem go gdzieś na stół, symbolicznie odrzucając ludzi. Wziąłem z barku whisky i poszedłem na górę. W takich okolicznościach szklanka okazuje się zbędna. Wziąłem pudełko ze zdjęciami, odpaliłem płytę Rolling Stones, tak głośno, abym nie słyszał własnych myśli i usiadłem na podłodze. Na fotografiach były dwie miłości mojego życia, które utraciłem już tak dawno. Zastanawiałem się jak mogłem to tak spieprzyć. Mojego rozbicia nie da się opisać słowami. Wpatrywałem się beznamiętnie w zdjęcie Isabell i naszej czternastoletniej już córki, Chloe. Minęły trzy lata odkąd je zostawiłem, i nie ma dnia, w którym bym nie żałował. Topie się w pustce każdego dnia. Kiedy myślę, że zostało mi kilka miesięcy, aby to naprawić załamują mi się ręce. Przyleciałem do Nowego Jorku szukać przygód, czuć się wolny, zostawiając to co na prawdę kocham w Mieście Aniołów. Pijąc bez opamiętania, zalewałem szczerymi łzami fotografie. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Wyjrzałem przez okno, to był Lou, mój najlepszy przyjaciel odkąd pamiętam. Nie czekał długo, wszedł, miał zapasowe klucze. Nie mam w mieście nikogo bliskiego, więc lekarz powiadomił go o wynikach. Wszedł na do mnie na górę, bez słowa postawił wódkę i dwie szklanki na stole. Po chwili wyjął bilet lotniczy z jutrzejszą datą do Los Angeles na nazwisko Charlie Guns . Uścisnąłem go, to był przyjacielski uścisk. Wyszeptałem jedynie ciche "dziękuję" przez łzy, co i tak sprawiło mi wielką trudność. Louis zaczął mnie pakować, milcząc razem ze mną. Kiedy już wszystko było gotowe powiedział tylko " Zostaję na noc, a i przenosimy firmę do LA". Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Nie poruszył tematu choroby, rzucił dla mnie wszystko, aby wypłynąć na nieznaną wodę, jak za starych dobrych czasów. Za to go kocham. Srebrzysty księżyc oświetlał pokój przez żaluzje, podczas gdy ja starałem się poukładać wszystko w głowie. Nagle okropny ból w klatce piersiowej przeszył mnie na wylot. Kaszląc tworzyłem kałuże krwi na posadce, przywykłem już do tego, o ile można przywyknąć do takiego bólu. Wziąłem tabletki z szafki obok, łyknąłem całą garść. Sam nie wiem kiedy zasnąłem, może to zmęczenie, może alkohol, sam już nie pamiętam. Rano pobudka, prysznic i... właśnie i co dalej? Nie mogę jeść, nie chcę już niczego, tylko naprawić swoje błędy, zanim przyjdzie na mnie pora. Zamówiliśmy taksówkę na lotnisko, na miejscu kontrola i wszystkie te sprawy, musiałem wytrzymać, dla nich. Przez okno samolotu otępiale patrzyłem na miasto, które zostawiam za sobą, czas rozpocząć nowe życie, a raczej ostatni jego epizod.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz